Beata Piecha-van Schagen, Najserdeczniej dziękuję za odebrane łaski - Tekstowe wota prasowe publikowane na łamach „Gościa Niedzielnego” (1925-1968) oraz „Sonntagsbote” (1934-1939)

Wota (łac. ex voto suscepto - ze złożonej przysięgi) są namacalnym dowodem relacji między wierzącym a Bogiem (lub świętym). Najczęściej związane są kultem określonym terytorialnie – sanktuarium czy innym miejscem kultu. Należy je rozumieć jako formę komunikacji modlących się, innych wiernych i istotą nadprzyrodzoną. Stają się niczym innym jak formą dialogu między wierzącym a Bogiem, ponieważ są w istocie częścią modlitwy. Dla wotanta są momentem bezpośredniego kontaktu z boskością.  Są wyrazem wdzięczności za spełnioną prośbę, doznane dobro czy wręcz cud składanym przez wotantów indywidualnych lub zbiorowych. Wota funkcjonują głównie jako przedmioty dziedzictwa materialnego (obrazy, rzeźby, precjoza), ale dużą grupę tworzą wota tekstowe, w których obietnicę wypełnia się słowem pisanym. Do najwcześniejszych, bo istniejących już w starożytności należą także wota inskrypcyjne. Pierwotnie występowały jako napisy wykonane techniką reliefu wklęsłego w kamieniu (kamienie wotywne, niem. Votivestein, Weihstein).. Pozwalają one wotantom nie tyle na eksponowanie doznanego efektu modlitwy, ile na zapisaniu go „dla potomnych”. W niektórych miejscach pielgrzymkowych pojawiają się także kilkuzdaniowe wypowiedzi pisemne zapisane na karteczkach czy wręcz długie listy z podziękowaniami. Pomimo tego, że księgi mało są dostępne w większości sanktuariów, ich zasięg wizualny jest ograniczony. Teksty dziękczynne mogą funkcjonować samodzielnie lub być łączone na przykład z wotami obrazowymi. Obiekty takie bardzo popularne były i są w Tyrolu, w Ameryce Południowej oraz w Polsce. Pokaźny zbiór takowych znajduje się w kościele pod wezwaniem Bożego Ciała w Krakowie.

Na łamach czasopism diecezji śląskiej/katowickiej „Gość Niedzielny” i „Sonntagsbote”  wierni publikowali teksty wotywne. Funkcjonowanie inskrypcji dedykowanych Bogu i świętym może zaskakiwać więc kontekstem, także w ujęciu historycznym, gdyż Kościół, wprowadzając współczesne media jako narzędzie pracy duszpasterskiej, odszedł od początkowej niechęci do potoczności języka i kontekstu. Wota tekstowe wyszły poza obręb sanktuariów i miejsc kultu, stały się częścią cotygodniowej lektury katolików diecezji śląskiej na końcowych szpaltach „Gościa Niedzielnego” i „Sonntagsbote”, pomiędzy drobnymi ogłoszeniami i reklamami proszku do prania i kremu „Nivea”. Umiejscowienie tekstów dziękczynnych w rocznikach wydawanych przed II wojną światową nie zmieniło się także po 1945 roku. Drukowano je z powodzeniem do 1968 roku.

Celem powstającego opracowania jest próba nakreślenia modelu codziennej pobożności, trudnej do uchwycenia intymnej relacji, która, jak się wydaje, była podatna na propagowane nowe modele pobożności, kult nowych świętych. Prośby i dziękczynienia, odzwierciedlające najbardziej aktualne potrzeby wierzących (powrót do zdrowia, powrót z wojny) i pozwalają na dokonanie analizy duchowości oddolnej, z punktu widzenia wotanta. Inskrypcje wotywne, które są „komunikatem zwrotnym” w relacji między wiernym a Bogiem, stwarzają ku temu doskonałą okazję badawczą.

 Jerzy Myszor, O pożytku studiowania historii

 W 1925 roku diecezja katowicka licząca ok. 900 tys.  wiernych – posiadała czynnych w duszpasterstwie ok.  300 księży. Między 1925 a 2008 rokiem w duszpasterstwie pracowało i zmarło 1100 księży. Obecnie bezpośrednio zatrudnionych w duszpasterstwie jest 1083 księży oraz ok. 200 księży emerytów. Każdy z nich wpisuje się w historię (archi)diecezji i zostawia w niej cząstkę siebie. Powstało już wiele prac dokumentujących życie i działalność duchowieństwa katowickiego. Wprawdzie „sługami nieużytecznymi jesteśmy” to jednak tym, którzy odeszli już do wieczności oraz nadal  śląskie seminarium duchowne w Krakowieczynnym w duszpasterstwie należy się od czasu do czasu chwila refleksji. Rolą historyka jest utrwalenie w pamięci współczesnych dokonania minionych pokoleń, ale nie tylko w tym celu, aby ich nie zapomniano, ale również po to, aby każde następne pokolenie duszpasterzy rozumiało współczesność i wyzwania, jakie stawia przyszłość.

Czy istnieje śląski model duszpasterstwa a co za tym idzie – śląski model duszpasterza. Co i w jakim stopniu wpływa na jego specyfikę: środowisko rodzinne, szkoła, probostwo, parafia, seminarium?

Drugie pytanie ma aspekt ściśle historyczny i dotyczy uwarunkowań, które sprawiają, że kształtuje się również pewien model duszpasterza, budowniczego kościołów, społecznika, działacza kulturalno oświatowego, często każdego po trochu, z jedną dominantą, w zależności od potrzeb istniejących w danej parafii. 

 Wychowanie do kapłaństwa, formacja intelektualna i duchowa

Tyle się mówi o istnieniu śląskiego stylu (modelu) duszpasterzowania i duszpasterza, a rzadko mówi się o tym na czym on miałby polegać. Podobne pytanie stawiano sobie w Kościele niemieckim na przełomie XIX i XX wieku. Wśród publicystów katolickich tego okresu trochę z przekąsem mówiło się o swoistej dumie wrocławskich księży, przekonanych o swojej wyjątkowości. Wprawdzie już nie ma w naszych szeregach nikogo, kto by wychował się w alumnacie wrocławskim i w Widnawie to śledząc uważnie publikacje na temat seminarium śląskiego można w nich wyczytać również przekonanie o swoistej wyjątkowości śląskiej drogi do kapłaństwa.

A więc czy w naszej diecezji, począwszy od jej powstania, powstała jakaś specyficzna, śląska formacja wychowawcza do kapłaństwa, która prowadzi do wytworzenia specyficznie śląskiego modelu kapłana?

Jest faktem, że w chwili powstania diecezji katowickiej w wielu sferach działalności duszpasterskiej czerpaliśmy ze wzorów wrocławskich. Dowodem tego jest pierwszy projekt statutu seminaryjnego, obowiązujący do 1926 roku autorstwa pierwszego rektora śląskiego seminarium - ks. Stanisława Maślińskiego, który wprost odwołuje się do doświadczeń wrocławskich. Jednocześnie jednak ówcześni przełożeni seminaryjni uznali, że specyficzny klimat panujący w Krakowie nie pozwala na całkowite odwzorowanie modelu wrocławskiego. Ten, jak wiadomo, zakładał mieszkanie w konwikcie, swobodny dobór wy­kładów; w pierwszym etapie drogi do kapłaństwa dojrzewanie przez systematyczną pracę wewnętrzną i to bez szczególnej kontroli ze strony przełożonych. Właściwej formacji duchowej poświęcony był rok, czasem półtora pobytu w tzw. alumnacie, który należy uznać za seminarium duchowne, takie jak go widział sobór trydencki.

 Ten rodzaj drogi do kapłaństwa w Krakowie był niemożliwy do zrealizowania. Duchowieństwo krakowskie zostało ukształtowane przez Księży Misjonarzy ze Stradomia, którym bp Szaniawski w XVIII wieku powierzył prowadzenie seminarium duchownego. Ponadto ks. Maślinski uznał, że tylko stosunkowo nieliczna grupa kandydatów była dojrzała do tego, aby samodzielnie zdążać do kapłaństwa. Wypracowano model pośredni śląskiej drogi do kapłaństwa, który uwzględniał uwarunkowania krakowskie, ale nie zrywał całkowicie z tradycją wrocławską. Można więc powiedzieć, że formacja, jaką otrzymywali alumni i klerycy studiując na wydziale teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego była wypadkową krakowskiej i śląskiej metody. Potwierdza to między innymi umowa, jak podpisał ówczesny biskup katowicki Arkadiusz Lisiecki z arcybiskupem Adamem Stefanem Sapiehą. Umowa na temat zasad funkcjonowania seminarium śląskiego w Krakowie przewidywała między innymi konsultowanie z metropolitą krakowskim kandydatów na ojców duchownych. Narastający dysonans między modelem krakowskim a śląskim pogłębiał się i w 1935 roku doszło do dramatycznego w skutkach przełomu, kierownictwo seminarium objęli Księża Misjonarze, co oznaczało, że seminarium śląskie w Krakowie całkowicie przystosowało się do warunków krakowskich.

Po likwidacji wydziału teologicznego w 1953 roku, duchowni katowiccy, podobnie jak i krakowscy oraz częstochowscy, przeszli na system wychowania seminaryjnego, z tym jednak, że objęcie kierownictwa seminarium śląskiego przez ks. Jerzego Strobę, w pewnym stopniu oznaczało powrót do „śląskiej” drogi do kapłaństwa, tak bowiem należy zinterpretować przejęcie formacji przez księży diecezjalnych.

Głównym powodem budowy seminarium w Krakowie był wydział teologiczny, dlatego po jego likwidacji pobyt śląskich teologów w Krakowie właściwie stracił racje bytu. Przy sprzyjającej sytuacji, jaka powstała w 1980 roku, biskup katowicki Herbert Bednorz zdecydował się na przeniesienie seminarium do Katowic. Powstanie wydziału teologicznego przy uniwersytecie śląskim w 2000 roku to nic innego, jak nawiązanie do tradycji seminarium śląskiego w Krakowie, a pośrednio – do modelu wrocławskiego.

Efektem seminaryjnego wychowania do kapłaństwa jest neoprezbiter, który na mocy decyzji biskupa idzie do konkretnej parafii. I tam spotyka się z księżmi, pracującymi w duszpasterstwie już dłuższy czas. Następuje kolejny etap jego dojrzewania w kapłaństwie. I kogo tam spotyka?  Odpowiedź na to pytanie stanowi drugą i ostatnią część mojego wystąpienia.

 Duszpasterz – ojciec parafii

Spotyka przede wszystkim proboszcza, który wywiera największy wpływ na swego współpracownika w duszpasterstwie. Przez wieki obowiązywał model duszpasterza wypracowany na sesji 23 soboru trydenckiego: „Do święceń prezbiteratu będą przyjmowani ci, którzy pobożnie i wiernie wypełniali wcześniejsze posługi, posiadają dobre świadectwo […] okazali się zdatni, po wcześniejszym dokładnym egzaminie, do nauczania ludu tych rzeczy, których poznanie jest wszystkim niezbędne dla osiągnięcia zbawienia, oraz do sprawowania sakramentów, a także są znani z pobożności i czystości obyczajów, aby można się było po nich spodziewać jasnego przykładu i prawego życia”.

Podstawowym więc zadaniem proboszcza stało się duszpasterstwo postrzegane jako prowadzenie wiernych do zbawienia. Owocem tak rozumianego duszpasterstwa są wszyscy duszpasterze, którzy w sytuacjach różnego rodzaju konfliktów w parafii - społecznych, politycznych i narodowych przyjmowali zawsze postawę mediatorów, a gdy zachodziła taka konieczność nadstawiali głowę w obronie wspólnoty sobie powierzonej. Do rangi symbolu urastają duszpasterze – ojcowie parafii, jakim byli bł. Józef Czempiel i bł. Emil Szramek. To oni, wbrew oczywistemu niebezpieczeństwu, na jakie byli narażeni, nie opuścili „poślubionej” przez siebie kanonicznie parafii. Zapłacili najwyższą cenę za wierność duszpasterskim powinnościom.

Ten model duszpasterza funkcjonował w zasadzie do chwili zmian wywołanych przez industrializację i urbanizację. To one zwolna rozpoczęły erozję tradycyjnego kształtu parafii i jego duszpasterza. Powstające wielkomiejskie parafie, liczące niejednokrotnie ponad 30 tys. wiernych stały się mniej lub bardziej anonimowym zbiorowiskiem wiernych, a proboszcz bardziej - zarządcą, względnie organizatorem coraz bardziej komplikujących się struktur parafii. W tej sytuacji w Kościele ujawniła się oddolna tendencja – polegająca na tworzeniu różnego rodzaju stanowych, względnie wiekowo zbliżonych do siebie grup wiernych. To zjawisko znamy w postaci bractw, stowarzyszeń, sodalicji, Ligi Katolickiej i Akcji Katolickiej. Duszpasterze dostrzegli w tym zjawisku kapitalną pomoc. Zrzeszający się ludzie nie mieli na celu wyłącznie praktykowanie wspólnej modlitwy, ale szukali również ujścia dla naturalnej potrzeby człowieka, jaką jest chęć współuczestnictwa w życiu wspólnoty czy to na polu kulturalnym, oświatowym lub charytatywnym. Zjawisko stało się tak powszechne w śląskich parafiach, że w pewnym momencie wydawało się, iż wymknie się ono spod jakiejkolwiek kontroli. Parafie przestały być homogeniczną wspólnotą, gdzie pierwszorzędną i niepodzielną rolę duszpasterza odgrywał proboszcz a zaczęły przybierać kształt, tego co dzisiaj czasem określamy jako wspólnoty – wspólnot. Były parafie, w których prawie 100 procent wiernych należało do jakiegoś bractwa lub stowarzyszenia, a czasem do kilku jednocześnie. Ten kierunek rozwoju działalności duszpasterskiej Kościoła dostrzegł po zakończeniu II wojny i w genialny sposób zagospodarował ks. Franciszek Blachnicki.

Aktywne grupy wiernych, roztropnie kierowane przez duszpasterzy stały się z jednej strony miejscem formacji wewnętrznej dla samych członków, a z drugiej strony zmieniały funkcjonujący od soboru trydenckiego model duszpasterza. Duszpasterz z roli ojca parafii przejmował rolę przewodnika. W historii Kościoła na Śląsku to zjawisko pojawiło się szczególnie po Wiośnie Ludów, czyli po 1848 roku. Prekursorami tego nowego stylu duszpasterzowania byli na naszym terenie ks. Alojzy Ficek, ks. Józef Szafranek, ks. Norbert Bonczyk i wielu, wielu innych, którym zawdzięcza żywotność Kościół śląski szczególnie w okresie industrializacji. Ten styl duszpasterzowania z biegiem czasu stawał się dominujący w miejskich i osiedlowych parafiach w okresie międzywojennym, na wsi natomiast nadal panował niepodzielnie jeszcze tradycyjny model – proboszcza jako ojca parafii.

W tym miejscu dotykamy bardzo istotnego zagadnienia, jakim jest zaangażowanie duchowieństwa w politykę. Przy okazji dyskusji panelowych lub po wykładach stawiam pytanie, czy duchowny w obliczu ewidentnych zagrożeń, powinien bezpośrednio wejść do polityki. Młodzież (wychowana przez dzisiejszą prasę, telewizję i portale internetowe) chórem odpowiada, że oczywiście nie powinien. Wtedy pytam, czy dobrze zrobili duchowni śląscy, zwłaszcza ci młodsi, w czasie plebiscytu, ale także w czasie okupacji, że włączyli się bezpośrednio w działalność polityczną. Wtedy zwykle zapada krępujące milczenie.

Duchowni śląscy od połowy XIX wieku aż po wybuch II wojny brali bezpośredni udział w życiu politycznym. Wspomnieć należy tylko doskonale znane nam nazwiska księży: Szafranka, Wajdy, braci Brandysów, Londzina, Brzuski, Matei i wielu, wielu innych. Byli senatorami, posłami do parlamentu pruskiego, niemieckiego, warszawskiego i śląskiego. Ten problem był bardzo gorąco dyskutowany w diecezji katowickiej szczególnie w czasie i po plebiscycie. Zajmowała się nim specjalna komisja przed planowanym synodem katowickim w okresie międzywojennym.

Odpowiedzi udzielił ks. August Hlond w słynnym liście pasterskim z 1924 roku, kiedy powiedział, że nie wolno Kościoła identyfikować z żadną partią polityczną. Ten sam pogląd w ustach ks. Emila Szramka zabrzmiał następująco:

„Byłoby błędem i wyrazem nieroztropności domagać się od władz kościelnych, by ta zaangażowała się w reklamę jakiejś partii. Należy zostawić ocenie rozumu i sumienia świeckiego i księdza, która partia jest rzeczywiście katolicka. Nie można też wyłączyć się całkowicie z życia politycznego, gdyż brak zaangażowania w życiu politycznym oznacza odsunięcie się od współpracy i współodpowiedzialności przy tworzeniu właściwych warunków do rozwoju społeczeństwa, a to może skutkować przejęciem odpowiedzialności za rozwój kraju przez niewłaściwych ludzi”.

Stolica Apostolska ustami papieża Piusa XI wypowiadała się zdecydowanie przeciw bezpośredniemu udziałowi duchownych w polityce. Duchownym, mającym temperament społeczny i polityczny, tym, którym nie było obojętne, w którą stronę zmierza kraj proponowała wychowanie wiernych do dojrzałego udziału w życiu politycznym przy pomocy Akcji Katolickiej, prasy katolickiej i odpowiednich publikacji. Ostatni, którzy zasiadali na ławach rad narodowych różnego szczebla był ks. Rudolf Adamczyk i  ks. Bielok. Pominę w tym miejscu obecność Księży Patriotów życiu politycznym, ponieważ ci nie mieli zezwolenia swego biskupa na działalność polityczną.

Pewną trudność w interpretacji sprawia obecność naszych księży „w” lub „przy” narodzinach Solidarności. Wielu księży z naszej diecezji było obecnych przy narodzinach tego ruchu i nie kryło swego poparcia dla Solidarności. Kiedy jednak bliżej popatrzymy, chociażby na historyczne już fotografie z dziejów Solidarności w naszym regionie, to duchownych widzimy odprawiających msze św, spowiadających, odwiedzających internowanych, ale nigdy nie przemawiających na wiecu lub z trybuny jakiegoś zjazdu. Dlatego w naszej diecezji ten rozdział historii należy raczej rozpatrywać jako działalność duszpasterską w specyficznych warunkach lub wręcz zaklasyfikować ją do działalności charytatywnej względnie szerzej – społecznej.

 Budowniczy kościołów

Neoprezbiter przychodząc do parafii może spotkać się z proboszczem, który jednocześnie zarządza wielką parafią, przyjmuje rolę działacza kulturalno – oświatowego, inicjuje akcje dobroczynne, z konieczności musi być również nauczycielem (katechetą) w szkole, koordynuje różne przedsięwzięcia duszpasterskie inicjowane przez parafian, a czasem staje najzwyklejszym kierownikiem przedsiębiorstwa budowlanego. Po kulturkampfie na terenie Śląska powstało 650 kościołów. Była to odpowiedź na rosnącą lawinowo liczbę ludności w starych parafiach oraz powstanie zupełnie nowych osiedli i osad robotniczych w miejscach dotąd zupełnie pustych, zwłaszcza w pobliżu hut i kopalń. Proces dzielenia parafii rozpoczął ks. Józef Szafranek, proboszcz bytomski. I w zasadzie (bo były wyjątki) duszpasterze śląscy nigdy nie obawiali się dzielić parafii. Zauważyli, że roztropne dzielenie parafii, fizyczne zbliżanie ludzi do kościoła prowadzi o ożywienia religijnego. Ks. prof. Daniel Olszewski, który analizował ten problem na podstawie Zagłębia Dąbrowskiego na przełomie XIX i XX wieku wykazał, że brak odwagi, brak wyobraźni, a czasem po prostu brak wiary w to, że wspólnota parafialna to dzieło Boże a nie ludzkie, może doprowadzić do katastrofalnych skutków – w postaci wyjałowienia z wiary lokalnych społeczności na długie dziesięciolecia.

Po 1925 roku do dnia dzisiejszego w naszej diecezji powstało również kilkaset kościołów. Dość przypomnieć, że arcybiskup katowicki od 1985 roku konsekrował ponad 130 kościołów. Wiadomo, decyzja o podziale parafii spowodowana jest głównie wyczerpaniem się możliwości pomieszczenia wszystkich wiernych w kościele. Nie wystarczy bowiem pomnożyć liczbę nabożeństw, (nota bene trzeba pamiętać, że binacje w XIX wieku udzielano w wyjątkowych okolicznościach). A więc gdy brakuje miejsca w dotychczasowym kościele, nie ma wyjścia– trzeba zbudować nowy i podzielić parafię. Przy budowie kościoła nie można było specjalnie liczyć na patrona, bo ten, jeśli był, to zazwyczaj był Niemcem i protestantem. W tym okresie, z nielicznymi wyjątkami, ciężar budowy kościołów spoczywał na parafiach macierzystych, patronem nowo powstającej parafii zostawał biskup wrocławski. To prowadziło to bardzo interesującego zjawiska. Otóż budujący kościół wierni od samego początku wiedzieli, że odtąd utrzymanie zarówno kościoła jak i w przyszłości – duszpasterzy pracujących w parafii spocznie na ich barkach. Dopiero na początku ubiegłego wieku zostały wprowadzony podatek kościelny, który miał na celu uporządkować egzystencję ekonomiczną parafii i uniezależnić finansowo duchownych od wiernych. Próba budowania systemu podatkowego w nowo powstałej diecezji katowickiej nie powiodła się, gdyż administracja państwowa odmówiła pobierania przez podległe jej instytucje podatku kościelnego. Wniosek -  duszpasterze w diecezji wrocławskiej a później katowickiej byli i są w tym zakresie bezpośrednio zależni od wiernych, to jest od kolekt i stypendiów mszalnych. Są świadomi tego, że jeśli chcą utrzymać kondycję finansową parafii na przyzwoitym poziomie, to muszą (tu użyję cudzysłowu) żyć w zgodzie z wiernymi uczęszczającymi do kościoła, zwłaszcza z tymi, którzy aktywnie biorą udział w życiu parafii i biorą na siebie odpowiedzialność za jej utrzymanie. Nie będę rozwijał tego wątku, gdyż zdaje sobie sprawę z tego, że mówię o rzeczach oczywistych. Pytanie, jakie nasuwa się w tym miejscu jest następujące: czy duszpasterz mając świadomość, że od ofiarności wiernych zależy stan ekonomiczny parafii ma odwagę mówić na ambonie nie tylko o pozytywnych stronach z życia parafii, ale również o jej negatywach?  

Każdy z nas pamięta proboszcza, który wystawiał nam list polecający do seminarium oraz tego, którego spotkaliśmy na początku naszej drogi kapłańskiej. Nie ulega wątpliwości, że to oni odcisnęli największy wpływ na nasze życie kapłańskie. Przy duszpasterzu uczyli się praktycznej strony prowadzenia duszpasterstwa. Przy budowniczym wielu nauczyło się budowania kościoła. Przy społeczniku nabywało się umiejętności gromadzenia ludzi przy jakimś dziele charytatywnym. Niektórzy zaszczepiali w młodych pasje naukowe.  Przypomina mi się w tym momencie ks. bp Ignacy Jeż, który do końca swego życia wspominał swego pierwszego proboszcza – ks. Józef Czempiela, z powodu, którego nota bene, poszedł do obozu w Dachau. W dziwny sposób koło się zamknęło. W tym przypadku działa prawo pierwszych skojarzeń.

 Zagadnienie powołań kapłańskich.

Musi zastanawiać fakt, iż z jednych parafii wyszło kilkadziesiąt powołań kapłańskich, z innych tylko kilka, a są może i takie parafie, w których jak dotąd nie było ani jednego powołania. Co się składa na te szczególna atmosferę powołań kapłańskich: osobowość proboszcza, bardzo dobre relacje między wikarymi a na przykład ministrantami lub członkami, tzw. grup oazowych. A może decydujące znaczenie posiada rodzina. Być może wszystkie razem te czynniki składają się na te szczególną atmosferę w parafii, która ułatwia młodemu człowiekowi podjęcie decyzji – poświęcę swe życie służbie Bożej. Ks. Rektor potwierdzi, że większość obecnych kandydatów do kapłaństwa przeszła przez tzw. ruchy. Należy sobie zadać pytanie, czy kandydaci do kapłaństwa to owoc zbawiennej działalności tych ruchów; nie tyle miejsce narodzin powołania, lecz tylko jego dojrzewania. Te same pytania o rolę np. kongregacji mariańskich i innych stowarzyszeń młodzieżowych, w tym szczególnie grup ministranckich zadawano sobie w przeszłości.

Przyjmuje jako pewne założenie, że kandydatów do kapłaństwa wychowuje przede wszystkim rodzina, duchowieństwo parafii, w której wywodzi się przyszły ksiądz i seminarium. Kolejność – do dyskusji. W tym miejscu przypomina się anegdota, zapewne znana, ale warta przypomnienia. Kiedy jeszcze ks. kard. Wojtyła kierował archidiecezją krakowską, przyszła do nie niego delegacja z jednej parafii, prosząc o zmianę księdza wikarego. Miał wtedy powiedzieć, oczywiście bardzo chętnie, ale wychowajcie w swoich rodzinach – odpowiedniego. Mam takich, jakich posyłacie do seminarium. Rodzina śląska, od wieków była uważana za wskroś katolicką. Przywiązanie do Kościoła było tak wielkie, że wręcz przysłowiowe. Bulwersowało to „umysły” liberalnie nastawionej inteligencji niemieckiej. Uważali, że przywiązanie do Kościoła jest oznaką zacofania cywilizacyjnego.

Jak powszechnie wiadomo, kapłan śląski nie lubi pisać, nie zostawia więc śladów, które można by analizować z punktu widzenia historii duchowości. W zasobach naszego archiwum zachowało się bardzo mało tzw. spuścizn kapłańskich, w których znajdują się na przykład listy, pamiętniki, zapiski z rekolekcji. Z wyjątkiem twórczości ks. Grudnioka, ks. Stanisława Chwili, ks. Smandzicha, ks. Józefa Gawliny. Należy pominąć twórczość o charakterze naukowym, gdyż ta rządzi się własnymi prawami. O wiele ważniejsze są natomiast konspekty kazań, nie te publikowane w Bibliotece Kaznodziejskiej, ale te, które pozostały w rękopisach i zgodnie z wolą ich autora nigdy nie miały być publikowane. Historyka bowiem interesują te dzieła, które w zasadzie nie są pisane z myślą o publikacji, lecz są spontanicznym zapisem życia wewnętrznego. Te źródła są najbardziej wiarygodnym autentycznym zapisem życia wewnętrznego. Te ślady są nieliczne, wręcz unikalne.

Tomasz Staniczek, Cmentarz parafialny w Chełmie Śląskim. Historia grobu nieznanego powstańca śląskiego na chełmskim cmentarzu

 „Śpij kolego w ciemnym grobie,

Niech się Polska przyśni tobie…”

(Władysław Tarnowski: „Jak to na wojence ładnie”)

 

Cmentarz jako zjawisko historyczne przybierał w Europie różne formy i przechodził zmienne koleje losu. Odzwierciedlał się w nim zawsze stosunek poszczególnych społeczeństw i grup wyznaniowych do śmierci. Był też nośnikiem zjawisk historycznych, kulturowych oraz zapisem obyczajowości ludzi i ich materialnej kondycji[1]. Pierwsza wzmianka o cmentarzu w Chełmie Wielkim (Śląskim) pojawiła się w 1619 roku, ale księgę zmarłych zaprowadzono w parafii później, prawdopodobnie w 1808 roku[2]. W sprawozdaniu wizytacyjnym znajdujemy informację, że obok kościoła znajdowało się specjalne pomieszczenie zwane ossarium, gdzie składowano czaszki i piszczele z przekopanych grobów. Wraz ze wzrostem liczby mieszkańców parafii cmentarz w Chełmie został powiększony o część zwaną nowym cmentarzem. Stało się to w okresie, gdy proboszczem był ks. Paweł Winkler[3]Grób nieznanego powstańca, foto JMWśród wielu grobów na „chełmskim cmentarzu”, jest też grób nieznanego powstańca śląskiego poległego w 1919 r. Wymowny jest napis na płycie nagrobnej:

„Bóg go zesłał, Ojczyzna wezwała. Przyszedł, nie znali go i padł jako powstaniec śmiercią bohaterską w walce z Niemcami w sierpniu 1919 roku w tutejszej parafii. Spoczywaj w Bogu. Cześć Tobie.

Związek Powstańców Śląskich, sierpień 1934”.

Chcąc odtworzyć historię tego grobu, musimy cofnąć się do wydarzeń okresu pierwszego Powstania Śląskiego, które wybuchło 17 sierpnia 1919 r. Zbrojny zryw od dawna przygotowywała Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska (POW GŚl.), której w tym okresie komendantem głównym był Alfons Zgrzebniok[4]. Bezpośrednim impulsem do rozpoczęcia walk stały się aresztowania kilku przywódców POW GŚl., a przede wszystkim masakra protestujących robotników pod kopalnią „Mysłowice”[5]. W północnej części powiatu pszczyńskiego działania bojowe podjęły oddziały POW GŚl., pod dowództwem ppor. Stanisława Krzyżowskiego. Opanowały Tychy i stoczyły zwycięską potyczkę pod Paprocanami. Nie zdołały jednak opanować Mikołowa ani Pszczyny, po czym wycofały się przez Kobiór w stronę granicy z Polską[6]

Podczas I Powstania Śląskiego w Chełmie Wielkim rozegrały się krwawe wydarzenia. Według ustaleń Franciszka Serafina, były one spowodowane wypadkami związanymi z napadem w celu uzyskania broni na chełmski posterunek Grenzchutzu. W odwecie żołnierze niemieccy 16 VIII zamordowali 4 mieszkańców Chełmu Małego. Według relacji naocznego świadka, księdza Pawła Winklera, były to 3 osoby. Proboszcz zanotował „Rozstrzelano […] odwołując się do prawa wojennego”. W odpowiedzi ma to wydarzenie powstańcy przygotowali szeroko zakrojoną akcję zaczepną. Duży oddział powstańczy złożony z mieszkańców Chełmu i Kopciowic oraz wspieranych przez pododdział POW GŚl., z Bierunia Nowego (ks. Winkler podaje, że było ich aż 500), pod dowództwem Adolfa Trojoka zaatakowała w dniu 17 VIII, placówki Grenzchutzu stacjonujące w szkole i w dworze w Kopciowicach. Ostatecznie powstańcom nie udało się zdobyć dworu. Żołnierze Grenzchutzu dysponowali karabinem maszynowym, który skutecznie blokował ostrzałem dojście do zabudowań. W trakcie tego szturmu zginął prawdopodobnie jeden z powstańców o nieustalonym nazwisku[7].

Nieco inną datę śmierci powstańca o nieustalonym nazwisku (tj. 21 sierpnia 1919 r.), podaje w korespondencji ekshumacyjnej Związek Powstańców Śląskich Grupa Miejscowa Chełm Wielki[8]. Nasuwa się pytanie, czy chodzi o tego samego powstańca. Dotyczy to dwóch pism datowanych na 18 sierpnia 1923 r., oraz 23 września […]. Cytują ostatni dokument, zachowując pisownię w oryginale.

„Podczas pierwszego powstania w dniu 21 sierpnia 1919 r., zastrzelił Grenszuc pod zamkiem w Kopciowicach nieznanego powstańca polskiego…”.

Po tych wydarzeniach powstańcy przekroczyli granicę z Polską i udali się do Oświęcimia[9].

Po burzliwym okresie Powstań Śląskich w wyniku podjętej 20 października 1921 r., przez Radę Ambasadorów Ligii Narodów decyzji o podziale terenu plebiscytowego Chełm został przyłączony do Państwa Polskiego. 1 VI 1922 r., nastąpiło przejęcie w powiecie gmachów urzędowych z rąk niemieckiej administracji, a 29 VI 1922 r., wojsko polskie uroczyście wkroczyło  do powiatu pszczyńskiego (ceremonie centralne odbyły się w Pszczynie i Mikołowie)[10].

W roku 1923 r. w Chełmie powstał Związek Powstańców Śląskich, Grupa Miejscowa Chełm Wielki, którego prezesem został Walenty Jochymczyk[11]. Związek aktywnie angażował się w działalność patriotyczną. Zrodziła się wtedy inicjatywa upamiętnienia walk powstań górnośląskich lat 1919-1921, poprzez zbudowanie grobu nieznanego powstańca śląskiego[12]. Pomysł budowy został zaczerpnięty z wzorów Francji oraz Wielkiej Brytanii - właśnie tam po I wojnie światowej powstały pierwsze groby nieznanego żołnierza[13]. Dużą trudnością, którą Związek Powstańców Śląskich musiał pokonać, była kwestia ekshumacji zwłok nieznanego powstańca. Zgodnie z decyzją władz niemieckich bowiem zostały one pochowane - jak to określa Związek w piśmie z dnia 18 sierpnia 1923 r. do Województwa Śląskiego - „..w miejscu dla samobójców i zbrodniarzy..”[14]. Cytują w całości pismo Związku Powstańców Śląskich, zachowując pisownię w oryginalną:

„Miejscowy Związek Powstańców w Chełmie Wielkim zwraca się do Województwa Śląskiego o pozwolenie przeniesienia zwłók powstańca w tej samej miejscowości motywując prośbę następująco:

„Podczas pierwszego powstania w […] 21 sierpnia 1919 r. zastrzelił Grenzschutz nieznanego powstańca polskiego. Zwłoki powstańca pochowały władze niemieckie na cmentarzu w Chełmie w miejscu przeznaczonym dla samobójców i zbrodniarzy. Zwłoki bohatera powinne były dawno być przeniesione w miejsce zasłużonych za ojczyznę, jednak dotychczas ani władze polityczne […] nie poczyniły najmniejszych starań. Związek Powstańców czuwa zawsze na straży ojczyzny, ale również domaga się praw zasłużonych, dlatego zwraca się z prośbą do Województwa Śląskiego o przyspieszenie przeniesienia zwłók powstańca. Przy przeniesieniu zwłók dostarczy Związek Powstańców potrzebnego orszaku pogrzebowego i prosi o powiadomienie, zarządzenia do odnośnych władz politycznych i kościelnych. Związek Powstańców Śląskich”.

Dzięki staraniom Związku Powstańców Śląskich Grupy Miejscowej Chełm Wielki z prezesem Walentym Jochymczykiem na czele, procedura ekshumacji zwłok zakończyła się pomyślnie 21 października 1923 r. W tym samym dniu też poświęcono sztandar Związku Powstańców Śląskich Grupy Miejscowej Chełm Wielki[15]. Po tym wydarzeniu Rada Gminna w 1924 r., uchwaliła postanowienie budowy pomnika ku czci poległych powstańców. Pomnik w formie nagrobka umieszczonego w miejscu pochówku nieznanego powstańca stanął na cmentarzu w sierpniu 1934 r. Starania Związku Powstańców Śląskich wsparli nauczyciele i młodzież chełmska. Uczniowie szkoły (obecnie osoby ponad 90-letnie) wykuli inskrypcję na płycie nagrobnej[16].

Ważnym faktem zasługującym na podkreślenie jest to, że płyta nagrobna w przededniu wybuchu II wojny światowej i wkroczenia wojsk niemieckich do Chełmu Wielkiego została ukryta przez księdza proboszcza Wiktora Wojtka. W ten sposób przetrwała całą okupację hitlerowską[17].

Obecnie grobem nieznanego powstańca śląskiego opiekuje się Szkoła Podstawowa nr 1 w Chełmie Śląskim.

 Źródła:

  • Nicieja, Cmentarz Łyczakowski we Lwowie, Wrocław 1989 r.
  • Monografia Gminy i Parafii Chełm Śląski, Chełm Śląski 2014 r.
  • Parafia Trójcy Przenajświętszej w Chełmie Śląskim (1660-2010). Wydanie jubileuszowe
  • Magazyn Historyczny „Mówią Wieki” nr 1/2011: Powstania śląskie 1919-1921
  • Encyklopedia Powstań Śląskich, Opole 1982,
  • Deklaracja członkowska ZBOWiD Walentego Jochymczyka
  • Pismo z dnia 26.09.[…] ZPŚ w sprawie uroczystego przeprowadzenia zwłok powstańca
  •  Pismo ZPŚ do Wojewody Śląskiego z dnia 18.08.1923 r.
  • Odezwa do Grup Miejscowych ZPŚ z dnia 01.10.1923 r.
  • Wspomnienia Jana Wadasa: „Ostatni z ostatnich”, Miesięcznik Społeczno-Kulturalny Śląsk: nr 5/2001
  • Wikipedia – groby nieznanego żołnierza www.wikipedia

 

[1] S. Niecieja, Cmentarz Łyczakowski we Lwowie, Wrocław 1989, s. 7

[2] Monografia Gminy i Parafii Chełm Śląski, Chełm Śląski 2014, s. 253

[3] Parafia Trójcy Przenajświętszej w Chełmie Śląskim (1660-2010). Wydanie jubileuszowe, s.61

[4] Magazyn Historyczny „Mówią Wieki” nr 1/2011: Powstania śląskie 1919-1921, s. 63

[5] Tamże, s. 63

[6] Tamże, s. 63-64

[7] Monografia Gminy i Parafii Chełm Śląski, Chełm Śląski 2014, s. 73-74

[8] Pismo z dnia 26.09.[…] ZPŚ w sprawie uroczystego przeprowadzenia zwłok powstańca, materiał niepublikowany

[9] Encyklopedia Powstań Śląskich, Opole 1982, s.239

[10] Monografia Gminy i Parafii Chełm Śląski, Chełm Śląski 2014, s. 77

[11] Deklaracja członkowska ZBOWiD Walentego Jochymczyka, materiał niepublikowany

[12] Monografia Gminy i Parafii Chełm Śląski, Chełm Śląski 2014, s. 97

[13] Wikipedia – groby nieznanego żołnierza www.wikipedia.org

[14] Pismo ZPŚ do Wojewody Śląskiego z dnia 18.08.1923 r., materiał niepublikowany

[15] Odezwa do Grup Miejscowych ZPŚ z dnia 01.10.1923 r., materiał niepublikowany

[16] Monografia Gminy i Parafii Chełm Śląski, Chełm Śląski 2014, s. 97

[17] Wspomnienia Jana Wadasa: „Ostatni z ostatnich”, Miesięcznik Społeczno-Kulturalny Śląsk: nr 5/2001 str. 56 

 

Jacek Żurek, Wspólny cmentarz parafii świętego Józefa oraz świętej Anny w Zabrzu – Josefkirche und Annakirche in Hindenburg (1948)

Kojmeterjon znaczy sypialnia. Terminem tym określali Grecy wydzielony teren dla grzebania zmarłych, skąd pochodzi łacińskie coemeterium, od którego jeden krok do naszego cmentarza. To miejsce spoczynku, stanowiące asylum we wszystkich chyba kulturach, w czasie ostatniej wojny, a następnie w okresie powojennym było obszarem konfliktu o charakterze zarówno politycznym, jak i religijnym i kulturowym.

Cmentarz katolicki oraz kościelny obrządek pogrzebowy po wojnie budził w urzędnikach uczucia dwojakie. W sposób widoczny kłócił się z wprowadzaną na wzór rosyjski nową obrzędowością „laicką”, która zresztą nigdy nie wyszła poza stadium prób i eksperymentów. Świadczył jednocześnie o wyobcowaniu przedstawicieli władz państwowych z narodowej kultury, w którą od tysiąclecia wpisana była chrześcijańska religijność i jej obrzędy – od kołyski po deskę grobową.

W czasach stalinowskich religijne atrybuty śmierci częstokroć były przydatne władzy państwowej, choć z przyczyn areligijnych. W latach 1944–1947 chętnie korzystano z pomocy duchowieństwa w uświetnianiu wszelkich masowych imprez, starając się uwiarygodnić nowy porządek wobec społeczeństwa. Zdarzały się więc nawet głośne przypadki publicznej symbiozy władzy świeckiej i duchownej. Kiedy 1 kwietnia1947 roku urządzono z wielką pompą pogrzeb zamordowanego cztery dni wcześniej generała „Waltera”, czyli Karola Świerczewskiego, członka KC PPR i weterana wojny hiszpańskiej, egzekwie w Centralnym Domu Żołnierza odprawił w obecności prezydenta Bolesława Bieruta generalny dziekan Wojska Polskiego ksiądz Stanisław Warchałowski. W kondukcie za trumną komunisty kroczyli księża, a jak donosiła prasa rządowa nad ulicą „unosił się cichy szept modlitwy”. Tymczasem ta prawdziwa, warszawska ulica komentowała całą szopkę następująco: „Za dużo sztandarów, za mało trumien”. W specyficzny sposób duchowieństwo katolickie uczciło pogrzeb Józefa Stalina 9 marca 1953 roku. Kilka dni wcześniej urzędnicy wyznaniowi zarządzili we wszystkich diecezjach, by w dniu pogrzebu w każdym kościele o wyznaczonej porze biły dzwony i sygnaturki. Do ostatniej chwili sprawdzano, czy polecenie wszędzie dotarło, a proboszczowie zdawali sprawozdania, czy mają odpowiedni „sprzęt” na dzwonnicach. Prymas Wyszyński komentował te zabiegi następująco: „Zajęliśmy stanowisko – nie przeszkadzać. (...) Ostatecznie jest to dowód, że nawet marszałkowi Stalinowi jakieś urządzenia kościelne są potrzebne”. Nakaz bicia w dzwony w dniu pogrzebu należy uznać za przejaw myślenia magicznego, a może bardziej za implant zza wschodniej granicy, gdzie ubezwłasnowolniona Cerkiew prawosławna identyfikowała się z aparatem państwowym i podobne akty ostentacji religijnej nie budziły zdziwienia.

31 stycznia 1959 roku wydano ustawę o cmentarzach i chowaniu zmarłych regulująca dość szczegółowo kwestie pochówków. Zarząd i utrzymanie cmentarzy wyznaniowych pozostawiono w gestii kościołów (związków wyznaniowych) – przede wszystkim dotyczyło to parafialnych cmentarzy katolickich. Wątpliwości nie budził również przepis mówiący o pochówku na cmentarzach kościelnych zmarłych osób niewierzących lub należących do innych wyznań chrześcijańskich czy religii. Było to możliwe gdy w danej miejscowości nie istniał cmentarz komunalny (czyli pod zarządem władz samorządowych/administracyjnych). Taka też dotąd była praktyka władz kościelnych, udostępniających miejsca pochówku nie tylko katolikom. Podobnie użyczały sobie ziemi różne wyznania, na przykład cmentarz prawosławny na warszawskiej Woli ze względów finansowych po ostatniej wojnie utworzył w części północnej kwatery dla wiernych wyznania katolickiego. Istniało jednak w prawie kanonicznym ważne rozróżnienie dotyczące miejsca i sposobu pochówku.

Cmentarz zgodnie z tradycją stanowi miejsce święte, locus sacer. Wywodzi się to z okresu późnej starożytności, gdy zmarłych wiernych zaczęto grzebać wokół kościołów, gdzie spoczywały relikwie męczenników. Chrześcijanie pragnęli, by po śmierci ich ciała pozostawały w bliskości świętych członków, czekając w tym towarzystwie dnia Sądu Ostatecznego. W świecie chrześcijańskim stopniowo poniechano więc grzebania zmarłych na wzór rzymski – w specjalnych katakumbach poza miastem. W końcu XVIII wieku we Francji i w Polsce pojawiły się pierwsze cmentarze „w polu”, poza wałami miejskimi, jak cmentarz świętokrzyski na warszawskich Koszykach, w granicach parafii Świętego Krzyża (kościół misjonarzy przy Krakowskim Przedmieściu). Początkowo budziły niechęć, jednak zarządzenia władz państwowych oraz wysiłki duchowieństwa sprawiły, że przyzwyczajono się do nowinki. Warszawiaków przekonał biskup smoleński Gabriel Wodzyński, który w testamencie odczytanym z ambon stołecznych świątyń polecił, by pochować go na Koszykach, co też się stało w roku 1788. Dla ulotnej pamięci postawiono na grobie kamień z łacińskim napisem „Tu chcę być pogrzebion”. W ten sposób uświęcono w oczach mieszkańców nową formę grzebalną i odtąd podobne nekropolie, zarządzane przez parafie lub gminy wyznaniowe, stały się elementem (pod)miejskiego krajobrazu. Osobne, odgrodzone kwatery były przewidziane, by nie wprowadzać zamieszania w porządku doczesnym i wiecznym, dla osób chowanych z różnych przyczyn w nie poświęconej ziemi (bezbożnicy, innowiercy, samobójcy, ekskomunikowani, niechrzczeni). Cmentarz kościelny stanowi więc i w prawie, i w tradycji obiekt sakralny.

Ustawa z 1959 roku nakazywała przy pochówkach na równi traktować wiernych wyznania katolickiego i pozostałe osoby, gwałcąc tym samym specyfikę i świętość tego cmentarza, „równość” bowiem miała dotyczyć „wyznaczenia miejsca pochowania, właściwego ceremoniału pogrzebowego, wznoszenia nagrobków itp.” Co więcej, jeśli przepis ten zostałby złamany, władze państwowe miały prawo konfiskaty cmentarza z rąk kościelnych i przekwalifikowania go na cmentarz komunalny. Cała absurdalność sytuacji wynikała stąd, że prawo karne groziło karą pozbawienia wolności do lat pięciu za czyny w pewnych okolicznościach wzajemnie się wykluczające, mianowicie – za zmuszanie do udziału w obrzędach religijnych, za bezprawne powstrzymywanie od tegoż udziału oraz za odmowę „udostępnienia obrzędu (...) z powodu działalności lub poglądów politycznych”. „Obrzęd religijny” zgodnie ze zdrową logiką oznaczał katolicki pochówek z zachowaniem zasad prawa kanonicznego. Jednak pod to pojęcie władze państwowe podkładały dowolne znaczenie, ignorując obowiązujące zasady prawa kościelnego w zakresie pochówków. Pogwałceniem zaś zasad religijnych było między innymi chowanie w poświęconej ziemi, przeznaczonej dla ciał wiernych, tak zwanych osób bezwyznaniowych oraz ochrzczonych w Kościele rzymskokatolickim, lecz deklarujących się za życia jako osoby niewierzące (ateiści, indyferentni religijnie) lub świadczących o braku wiary swoim postępowaniem (bezbożnicy, bluźniercy, gorszyciele itd.). W ten sposób powyższe kategorie zmarłych w sposób pośredni zmuszano do pośmiertnego udziału w „obrzędzie”, co tłumaczył sekretarz episkopatu Choromański dyrektorowi Urzędu do spraw Wyznań: „Wytwarza się paradoksalna sytuacja – ludzie, którzy za życia nie uznawali krzyża, a nawet prowadzili z nim walkę, będą zmuszeni spoczywać po śmierci między krzyżami” (list z roku 1959).

Ustawa z tego roku stanowiła odpowiedź władz państwowych na incydent, który miał miejsce rok wcześniej w mazowieckim Żurominie. Tamtejszy proboszcz, liczący 88 lat Ignacy Staniaszko nie zgodził się na pogrzeb na cmentarzu parafialnym przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Kiedy ruszył kondukt pogrzebowy, wikary Czarniecki usiłował z grupą parafian przeszkodzić ceremonii. Ostatecznie pochówek odbył się, uczestnicy wykopali grób, wcześniej na polecenie proboszcza zasypany, a osłaniająca uroczystość milicja aresztowała dziewięć osób. Czarniecki został skazany w maju 1958 roku na półtora roku więzienia przez Sąd Wojewódzki w Warszawie. W Urzędzie do spraw Wyznań komentowano: „Sens więc [jest] taki – kto sieje wiatr, zbiera burzę. Nie opłaci się [Kościołowi] wywoływać tarć i zadrażnień” (1959). Afera wokół pogrzebu przewodniczącego miała jeszcze jeden wymiar, kulturowo-społeczny. Ukazała, że wyjątkowość „naukowego światopoglądu”, tak silnie eksponowana w propagandzie państwowej, przegrywała na całej linii w zetknięciu z zakorzenioną od tysiąclecia chrześcijańską religijnością. W obliczu spraw ostatecznych ustalony za życia światopogląd zmieniało wielu działaczy, zaś in articulo mortis okazywało się, że „nowa klasa” nie chciała pozostawać wyobcowana ze społeczeństwa, a niegdysiejszy powód do dumy – przynależność do partii komunistycznej głoszącej programowy ateizm – była przykrym zgrzytem w propagandowym obrazie sielankowej jedności całego narodu (chłopi – robotnicy – inteligencja pracująca). Urzędnicy państwowi oraz działacze partyjni z zasady nie mogli przecież siać waśni religijnych, jak formułował to odpowiedni dekret – „kto publicznie nawołuje do waśni na tle religijnym...”

Cmentarze, jak i inne obiekty sakralne posiadały w okresie powojennym charakter własności podzielonej, typowej akurat dla gospodarstwa feudalnego. Władza duchowna miała prawo zarządzania obiektem i użytkowania go, jednak tak zwana własność zwierzchnia, na mocy różnych skomplikowanych aktów prawnych niskiego rzędu, należała częstokroć do władzy państwowej. Przykładem charakterystycznym była owa ustawa o cmentarzach z 1959 roku, grożąca konfiskatami. Podobny w istocie cel miała polityka podatkowa w zakresie własności związków wyznaniowych. I tak w 1955 roku minister finansów Tadeusz Dietrich nałożył na parafialny cmentarz powązkowski (Stare Powązki) w Warszawie podatek obrotowy za lata 1954–1955 w wysokości prawie 200 tys. zł (średnia płaca wynosiła ówcześnie około tysiąca złotych). Od razu również zajęto pieniądze cmentarza spoczywające na koncie PKO. Równolegle wymierzono parafialnemu cmentarzowi bródnowskiemu podatki za rok 1950, obrotowy – około 60 tys. zł i dochodowy – około 45 tys. zł. Oba cmentarze katolickie potraktowano jako „prywatną inicjatywę”, przynoszącą spore dochody właścicielowi, czyli kurii metropolitalnej warszawskiej i podległemu jej tzw. dozorowi cmentarzy, co nie było dalekie od prawdy. Należy jednak zwrócić uwagę na fakt ogólnej użyteczności publicznej cmentarzy, obowiązek świadczenia pochówków przez władze kościelne, wydatkowania dochodów na utrzymanie nekropolii i wreszcie zabytkowy ich charakter, dodatkowo naruszony przez zniszczenia wojenne. Tam gdzie proboszcz parafii katolickiej jest „monopolistą”, o co nietrudno w polskim krajobrazie religijnym, cmentarz bywa „maszynką do robienia pieniędzy”, a wielkość plebanii pozostaje w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do stanu materialnego miejscowej nekropolii, o czym mówią na przykład żywe opinie użytkowników na temat dozoru tytułowych cmentarzy w początku obecnego stulecia . Patrz źródło. Nie zmienia to faktu, że zwłaszcza duże zabytkowe nekropolie wymagają szczególnych nakładów, a polityka podatkowa państwa może im służyć albo stanowić narzędzie szykany czy fiskalnej represji.

Problem własności kościelnej i stosunku władz do obiektów sakralnych miał szczególne znaczenie na nowych powojennych ziemiach zachodnich i północnych kraju (Śląsk, Ziemia Lubuska, Pomorze Zachodnie, Warmia i Mazury) oraz na obszarze byłego Wolnego Miasta Gdańska. Polski Kościół przejął tam obiekty poniemieckie, zarówno należące wcześniej do Kościoła katolickiego, jak i Kościołów ewangelickich. W latach 1959–1971 trwał spór wywołany przez władze państwowe, które uznały, że cały ów majątek przeszedł nieprawnie w ręce kościelne i należy do skarbu państwa. Argumentacja miała specyficzny wydźwięk wobec nieuregulowanej po dziś dzień sprawy własności poniemieckiej i historycznego sporu o charakter tych terenów. Polski episkopat w 1959 roku monitował premiera Józefa Cyrankiewicza: „polskość tych ziem znalazła się w jawnej i rażącej sprzeczności z okólnikiem nr 20 [ministra gospodarki komunalnej], który usiłuje urzędowo stwierdzić niemieckość tych ziem i ich pomników polskiej przeszłości; budowle kościelne fundowane i wznoszone, budowane ręką polską w polskim duchu na Ziemiach Zachodnich »uznane« zostały przez Ministra Gospodarki Komunalnej, ku radości rewizjonistów niemieckich i wrogów Polski, za mienie »czysto niemieckie«, więc nie polskie!”

Spór ten jednak miał głębsze podłoże, dotyczył delikatnego rozróżnienia między kulturą polską a niemiecką w miejscu przenikania się wpływów obu narodów oraz stosunku do historii i kultury niemieckiej na „Ziemiach Odzyskanych”. Fatalny przykład niewątpliwie dały niemieckie władze hitlerowskie, które podczas okupacji wielokrotnie dopuszczały się profanacji cmentarzy. Rozkopywanie kirkutów (cmentarzy żydowskich), używanie macew (kamieni nagrobnych) do brukowania placów i ulic, usuwanie z cmentarzy katolickich śladów polskości przez burzenie pomników, skuwanie napisów, niejednokrotnie na życzenie (przymuszanych do tego nieraz co prawda) władz kościelnych niemieckich – nie mogło pozostać obojętne dla społeczeństwa. W Polsce więc dewastację cmentarzy, polskich i żydowskich, rozpoczęli Niemcy, choć poprzednikami ich gdy idzie o chrześcijańskie miejsca pochówku byli Rosjanie i Żydzi (profanacje przede wszystkim prawosławnych relikwii oraz w ogóle miejsc kultu religijnego).

W okresie powojennym cmentarze niemieckie uległy ruinie i zapomnieniu po ucieczce i wysiedleniu ludności niemieckiej oraz autochtonicznej. Ślady tego można oglądać po dziś dzień w całej Polsce, nie tylko na Górnym Śląsku czy ziemiach zachodnich, wszędzie tam, gdzie do połowy XX wieku osiadł kolonista niemiecki, jak wzdłuż całego biegu Wisły, od Żywiecczyzny, przez okolice Warszawy, do Gdańska. Jednak do dewastacji przyłożyli się również Polacy, co było skutkiem wojennego zdziczenia obyczajów oraz specyficznej, komunistycznej pompa funebris, usiłującej pogodzić ogień z wodą, jak tego generała „Waltera” – o którym niepochlebne świadectwo wydał nawet Hemingway w swej powieści o wojnie domowej w Hiszpanii (generał Golz z Komu bije dzwon) – z kropidłem.

Hierarchia kościelna w Polsce interweniowała za to na korzyść katolickiej ludności niemieckiej. I tak na przykład na początku 1948 roku doszło do sporu kurii katowickiej z Urzędem Wojewódzkim Śląsko-Dąbrowskim, który nakazał wyrugować z jednego z kościołów zabrzańskich Te Deum śpiewane po niemiecku. Po interwencji biskupa Bieńka wojewoda śląski (1945–1948) generał Aleksander Zawadzki nakazał cofnąć decyzję. Prymas Hlond, który wyznaczył w 1945 roku polskich administratorów dla diecezji niemieckich na ziemiach zachodnich i północnych, stał się jednak opiekunem niemieckich katolików, starając się, by mieli możność uczestniczenia w liturgii w języku ojczystym. Od końca 1947 roku powołane na rozkaz Zawadzkiego specjalne komisje obywatelskie przeglądały pod patronatem lokalnych władz miejsca publiczne oraz lokale prywatne, badając, czy znajdują się tam napisy niemieckie. Rodziny zmarłych i parafie miały usunąć takie napisy z nagrobków i kościołów. Czyniono jednak to niechętnie i w rezultacie 23 kwietnia 1948 roku Zawadzki powołał kolejne komisje, powiatowe, z prawem kontroli działań komisji obywatelskich. Ostateczny termin akcji „oczyszczania” Śląska ze śladów niemczyzny został wyznaczony na święto 22 Lipca tego roku. Jednak poza Górnym Śląskiem aktywność władz administracyjnych była słabsza, na przykład wojewoda gdański w lipcu 1949 roku nakazywał pozostawić w spokoju niemieckie nagrobki.

Poniżej drukuję dwa listy na temat wydarzeń poprzedzających pogrzeb „polskiego stachanowca”, przodownika pracy Wincentego Pstrowskiego, który odbył się 21 kwietnia 1948 roku. Pochówek odbył się na cmentarzu należącym do parafii świętego Józefa w Zabrzu, tworzącym wspólny teren grzebalny z cmentarzem zabrzańskiej parafii świętej Anny i zbiorczo określany tym mianem. Listy pochodzące z Archiwum Archidiecezjalnego w Gnieźnie (zespół Archiwum Prymasa Polski) mówią o dewastacji obu cmentarza i reakcji władz kościelnych. Pochówek Pstrowskiego był świecki, tłumny. Złośliwa plotka później powtarzała „Chcesz mieć pogrzeb boski, pracuj jak Wincenty Pstrowski!”. Zmarły, górnik przodowy, urodził się w 1904 roku. Od 1928 roku pracował w kopalniach polskich i belgijskich. Do ojczyzny wrócił w 1946 roku, wstąpił do PPR. Jako rębacz kopalni „Jadwiga” ogłosił 27 lipca 1947 roku słynny list otwarty do górników, wzywający do współzawodnictwa pracy. Dzięki temu zwiększył swą dniówkę z 70 do 700 złotych, wyrąbując 273 procent normy. W wyścigu z Pstrowskim brał udział górnik Alfons Thiel, jednak obu pobił w końcu niejaki Bernard Bugdoł, uzyskując 557 procent. Krótko, na jeden miesiąc wyprzedził go Czesław Zieliński, znów wyprzedzony przez Bugdoła. Obu w zabójczym wyścigu usiłował pobić Pstrowski, ale – umarł.

Autorzy listów to Bolesław Kominek, ówcześnie administrator apostolski Śląska Opolskiego (1945–1951), oraz Franciszek Pieruszka (+1986), proboszcz parafii świętej Anny (1939–1954, 1956–1986), w czasach stalinowskich wydalony ze Śląska na teren archidiecezji krakowskiej. Wymieniony w liście proboszcza Paweł Dubiel to prezydent Zabrza (16 III 1945 – 1 IV 1950), który rozpoczął tak zwaną weryfikację narodowościową mieszkańców. Wspomniana „ogromna agitacja przeciw Papieżowi” to akcja propagandowa władz państwowych w związku z listem Piusa XII z marca 1948 r. do biskupów niemieckich, w którym pisał papież o niesprawiedliwym odwecie i wypędzeniu po 1945 r. rzekomo 12 mln Niemców z przyznanych Polsce ziem zachodnich i północnych. Autor listu ponadto pisał o konieczności cofnięcia w miarę możności „tego, co zostało dokonane”.

Początki parafii świętej Anny (St. Annakirche) w dzielnicy Zabrza (niemiecki Hindenburg w latach 1915–1945) Dorota (Dorotheendorf) sięgają 1900 roku, kiedy konsekrowano nową, neoromańską świątynię i wydzielono teren z istniejącej parafii świętego Andrzeja Apostoła. Po erygowaniu parafii w 1905 roku poświęcono parafialny cmentarz. Parafian było około 8 tys. Podczas wojny kościół został trafiony ośmioma bombami, władze niemieckie skonfiskowały także mienie kościelne. 19 marca 1945 roku miasto przejęły władze polskie, znaczna część parafian wyjechała, na ich miejsce zjawili się Polacy ze wschodu oraz z Westfalii i Francji. Parafia świętego Józefa (St. Josefkirche) została wydzielona z parafii świętego Andrzeja Apostoła w roku 1931, konsekracja nowego kościoła miała miejsce w roku następnym. Dotkliwych szkód obiekty parafialne doznały dwukrotnie – 20 kwietnia 1948 roku z rąk miejscowej młodzieży szkolnej i robotników kanalizacji miejskiej oraz 10 sierpnia tego roku, gdy nad Zabrzem przeszedł huragan.

Tekst przeredagowany przez autora (2017), pierwodruk: Pompa funebris (trochę ploteczek o pogrzebach), „Biuletyn IPN” 2002, nr 10 (21), s. 45–52. Edycja omówionych listów w załączeniu. 

Pobierz plik z dokumentami.

Załączniki:
Pobierz plik (Zabrze_dokumenty.pdf)Cmentarze w Zabrzu[ ]193 kB48 Pobieranie

Stanisław Kluz (1914–2011), jezuita, ksiądz administracji apostolskiej we Wrocławiu, kapelan Narodowej Organizacji Wojskowej

Urodził się 3 listopada w Ivanie k/Ołomuńca, syn Franciszka i Zofii z domu Lecznar. 4 XI 1929 r. wstąpił do zakonu jezuitów w Starej Wsi. W latach 1935–1938 studiował filozofię w Krakowie, w latach 1938–1939 literaturę niemiecką na UJ, w latach 1940–1941 teologię w Starej Wsi i w latach 1941–1944 w Nowym Sączu. Tamże otrzymał święcenia kapłańskie 9 XI 1941 r. Był kuratorem majątku w Ostrowie i katechetą gimnazjum w Bochni w latach 1944–1945, a w latach 1945–1946 wikariuszem w Bytomiu. 8 VII 1946 r. otrzymał dymisję z zakonu. Jako ksiądz diecezjalny był prefektem II Liceum we Wrocławiu i w Świdnicy. Następnie katecheta szkół średnich i duszpasterz akademicki. Kapelan Narodowej Organizacji Wojskowej w Bochni podczas okupacji i po wojnie, kontaktował się z oddziałem dywersyjnym NOW–AK „Szczerbiec”, zaś dowódca oddziału, „Grom”, chciał przekazać mu swe obowiązki. Od 1946 r. ukrywał się przeszło dwa lata, miał nawiązać kontakt z „ludźmi [Adama] Doboszyńskiego”. W roku 1949 (?) uwięziony. Z więzienia wystosować miał oświadczenie propagandowe, w formie listu-wyznania przed władzami MBP. W piśmie odcinał się od audycji Radia Wolna Europa, które na kilka miesięcy przed jego aresztowaniem miało podać, że duchowny jest „przyjacielem młodzieży”. W swym liście nawiązał do „ujawnienia się” V Komendy WiN-u w grudniu 1952 i jako duszpasterz wystosować miał apel do młodzieży akademickiej, by nie słuchała „wrogiej propagandy” oraz nie służyła „agentom tzw. demokracji zachodnich”. Zwolniony z więzienia (?). W lutym 1952 r. (?) kontaktował się z Henrykiem Kempą „Malikiem”, „Mścicielem”, który był we Wrocławiu dowódcą Organizacji Walki Zbrojnej WP, zinfiltrowanej przez „agenta X” z MBP (Kempa skazany został na śmierć 13 III 1953 r. przez Wojskowy Sąd Rejonowy we Wrocławiu, ułaskawiony na 15 lat więzienia, zwolniony 23 V 1957 r., sprawy sądowe o sygnaturach Sr 754/50, Sr 82/53). Duchowny ukrywał się, następnie „ujawnił” w siedzibie Stowarzysze nia PAX w Warszawie, po śmierci Stalina (?). Związany był z ośrodkiem dla ociemniałych franciszkanek służebnic krzyża w podwarszawskich Laskach, publikował w krakowskim „Tygodniku Powszechnym” (Niekoniecznie z ambony, Znak, Kraków 1963). Przebywał na emigracji w Szwajcarii, od 1964 r. w Austrii. W latach 1964–1973 Wydział II Departamentu IV MSW prowadził przeciwko niemu tzw. sprawę operacyjną, m.in. usiłowano go zwerbować na konfidenta za cenę przedłużenia prawa pobytu za granicą. Był znanym duszpasterzem akademickim i polonijnym w Wiedniu, pisarzem i poetą religijnym, wydał m.in. Historię Kościoła katolickiego (1948), Litania o Laskach („Tygodnik Powszechny” 1976, nr 39), Die Musik nicht ganz zerbrochen: Poesien und Betrachtungen (2009). Zmarł 29 września. Posiadał imiennika, także syna Franciszka, księdza diecezji przemyskiej, współpracownika WiN-u i autora jego pierwszej monografii, z którym często go mylono z racji podobnych biografii (Kluz Stanisław (1917–1982), (w:) Leksykon duchowieństwa represjonowanego w PRL, t. 2, red. J. Myszor i in., Warszawa 2003, s. 122–127, w bibliografii także akta jezuity). 


Bibliografia

Archiwum Zakładu Teologii Patrystycznej i Historii Kościoła, Wydział Teologiczny Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach: Zbiory specjalne, sygn. ZS 52 (kopie niektórych akt z Archiwum IPN w Warszawie). Archiwum IPN w Warszawie: sygn. IPN BU 01208/191, t. 2, k. 111–130 (mikrofilm), akta sprawy Henryka Kempy, list ks. Stanisława Kluza do MBP, mps, odpis; sygn. IPN BU 01178/591 (mikrofilm MSW F–1263/2), sprawa operacyjnego rozpracowania „Kobra” (ośrodek dla ociemniałych w Laskach k/Warszawy i jego goście); sygn. IPN BU 0179/230, Charakterystyka Nr 233, nazwa organizacji: Organizacja Walki Zbrojnej Wojska Polskiego; sygn. IPN BU 0185/200, Opracowanie Nr 199, nazwa organizacji: Wolność i Niepodległość. Oddziałowe Archiwum IPN w Poznaniu: sygn. IPN Po 076/984, Henryk Kempa, imię ojca: Antoni, data urodzenia: 05-07- 1925 r., miejsce urodzenia: Ostrów Wlkp. Oddziałowe Archiwum IPN we Wrocławiu: sygn. IPN Wr 0014/539, WUSW we Wrocławiu 1983–1990, Stanisław Kluz, 1947–1972; sygn. IPN Wr 024/7362, t. 10, Henryk Kempa, imię ojca: Antoni, data urodzenia: 05-07- 1925 r.; sygn. IPN Wr 039/1356, t. 4, Henryk Kempa, imię ojca: Antoni, data urodzenia: 05-07- 1925 r.; sygn. IPN Wr 049/230, Faktologia: organizacja Organizacja Walki Zbrojnej Wojska Polskiego działająca na terenie woj. wrocławskiego, lublińskiego i poznańskiego w okresie czerwiec od 1951 do 24-05- 1952. Spis duchowieństwa diecezjalnego w Polsce, Poznań–Warszawa 1975, s. 726. Adam Boniecki, „Kluz-klan”, „Tygodnik Powszechny”, 23 X 2011, nr 43. Kluz Stanisław, [w:] Encyklopedia wiedzy o jezuitach na ziemiach Polski i Litwy 1564–1995, oprac. L. Grzebień i in., Kraków 2004 2 , s. 284. Kornel Morawiecki, A. Adamski, Kornel. Z Przewodniczącym Solidarności Walczącej Kornelem Morawieckim rozmawia Artur Adamski, Wrocław 2007, s. 32 (mylnie zidentyfikowany z ks. Stanisławem Kluzem z diecezji przemyskiej). Stefan Wójcik, Katechizacja w warunkach systemu totalitarnego, Wrocław 1995, s. 159. „Weg-Poet” Pater Stanislaus Kluz, „Thema Kirche. Magazin für Mitarbeitende der Erzdiözese Wien”, Jänner 2009, s. 3. Jan Żaryn, Córka marnotrawna, czyli Luna w Laskach, „Biuletyn IPN” 2005, nr 11 (58), s. 45, 46. Wien: Uniseelsorger und Priesterdichter Stanislaus Kluz gestorben, 4 X 2011, http://www.kath.net/news/33371. Uniseelsorger und Priesterdichter Stanislaus Kluz gestorben, 5 X 2011, „Wiener Diözesan Blatt”, 149. Jahrgang, Nr. 11, November 2011, s. 47,  Austria: w Wiedniu pochowano duszpasterza akademickiego i kapłana-poetę ks. Stanisława Kluza, 16 X 2011 (depesza KAI z Wiednia), http://isakowicz.pl/archiwum/index.php?page=news&kid=8&nid=5025. Opr. Jacek Żurek